Dziś kończę czterdzieści lat.
A mogło mnie tu nie być…
Dwa lata temu stanęłam oko w oko z agresywnym nowotworem. Jednak to ja okazałam się bardziej agresywna.
Diagnoza przyszła w zwykły dzień. Ludzie stali w korkach, ktoś się śmiał, ktoś się spieszył do pracy, a mój świat się zatrzymał. Po raz pierwszy naprawdę poczułam, jak kruche jest życie.
Od tamtej pory dzień urodzin nabrał dla mnie zupełnie innego znaczenia.
Leżąc w szpitalnym łóżku i patrząc na niewinnie pomarańczowe jak oranżada krople chemioterapii spływające do moich żył, obiecałam sobie, że jeśli przeżyję, już nigdy nie będę przejmować się pierdołami, opiniami innych ani tym, co naprawdę nieistotne.
I dotrzymuję tej obietnicy.
Nie odkładam już niczego na specjalne okazje, bo samo życie jest dla mnie specjalną okazją. Nie tylko dziś celebruję je najlepiej, jak potrafię. Właściwie robię to każdego dnia, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Ale urodziny są dla mnie szczególnym momentem, by zatrzymać się na chwilę i poczuć wdzięczność za to, że wciąż tu jestem.
Na kolejne lata życzę sobie przede wszystkim zdrowia.
W życiu nie czułam się tak dobrze sama ze sobą.
Wciąż mam przed oczami młodszą wersję siebie. Patrzę na nią z czułością, ale wiem jedno: w niczym nie dorównuje tej obecnej.
Pamiętam siebie w wieku dwudziestu lat – trochę lekkomyślną, przekonaną, że jeszcze wszystko przede mną. Pamiętam też trzydziestoletnią dziewczynę pełną lęków. Zbyt wieloma rzeczami niepotrzebnie się przejmowała.
I nagle minęły kolejne lata. Przemknęły jak kolorowy motyl – piękne i ulotne. A ja zostałam. Tylko już zupełnie inna.
Zrobiłam kilka głupstw. Popełniłam błędy. Gdy patrzę wstecz, pewnie wiele rzeczy zrobiłabym inaczej.
Ale tylko dlatego, że dziś wiem więcej i bardziej siebie znam.
Dostałam od życia kilka ciosów. Jeden z nich był naprawdę mocny. To właśnie on pokazał mi, ile siły we mnie drzemie.
Życie nie zawsze jest sprawiedliwe. Trzeba to przyjąć na klatę.
Posegregowałam swoje emocje. Nazwałam je po imieniu. Już nie tłumię ich w sobie – nie kumulują się we mnie, by w końcu wybuchnąć niczym groźny wulkan. Przestałam walczyć ze wszystkim, czego nie mogę kontrolować. Nauczyłam się odpuszczać, mówić „nie”, wybierać siebie i nie tłumaczyć się innym.
Dopiero niedawno zrozumiałam, co naprawdę się liczy.
Spokój ducha. Zdrowie. Chwila, która trwa. Szczęście, które jest tuż obok. I to, że nie ma nic pilniejszego niż żyć.
Nie chcę być młodsza. Nie chcę zatrzymywać czasu za wszelką cenę. Wystarczy, że duchem wciąż jestem młoda.
I chyba pierwszy raz w życiu naprawdę wiem, kim jestem.
Lubię siebie.
Czterdziestoletnią. Świadomą. Trochę bardziej szaloną. I wreszcie pogodzoną ze sobą.




