Czasem trudno mi uwierzyć, że ta historia wydarzyła się naprawdę. Że to właśnie mnie przyszło zmierzyć się z nowotworem.
Diagnoza agresywnego chłoniaka nie była dla mnie wyrokiem ani synonimem śmierci, choć nie ukrywam, że psychicznie bardzo mnie poturbowała. Świat, który znałam, nagle się zatrzymał. Pojawił się lęk, niepewność i mnóstwo pytań, na które nikt nie potrafił odpowiedzieć.
Nigdy jednak nie patrzyłam na siebie wyłącznie przez pryzmat choroby. Od samego początku widziałam w sobie przede wszystkim kobietę, która chce żyć.
Nie postrzegałam choroby jako pola bitwy ani siebie jako bohaterki. Tak naprawdę miałam tylko dwie możliwości – umrzeć albo przeżyć. Nie było w tym bohaterstwa. Było życie, którego trzymałam się z całych sił.
Rzadko mówi się o tym, że doświadczenie choroby nowotworowej nie kończy się wraz z zakończeniem leczenia. Słowo „remisja” nie było dla mnie końcem tej historii.
Lekarze wyleczyli moje ciało, ale duszę musiałam poskładać sama. Kawałek po kawałku – i dziś wiem, że jest silniejsza niż kiedykolwiek wcześniej.
Od czasu do czasu ten koszmar wraca. Jako wspomnienie. Przebłysk lęku. Czasem jako dźwięk maszyny do chemioterapii, który nagle rozbrzmiewa w mojej głowie. Ale nie pozwalam mu rozgościć się na dłużej.
Swoje już wypłakałam.
Po wielu wzlotach i upadkach wiem jedno – nowotwór jest częścią mojej historii, ale nie stał się częścią mnie. Nigdy nie był i nie jest częścią mojej tożsamości. Nie definiuje mnie choroba, lecz to, kim stałam się, idąc dalej.
Patrząc dziś na swoje odbicie w lustrze, wciąż widzę przede wszystkim siebie, a nie pacjentkę onkologiczną.
I to ma dla mnie największą wartość.
Paradoksalnie nowotwór wyleczył mnie ze strachu. Z wszystkich irracjonalnych lęków, które miałam w swojej głowie. Pokazał mi, co naprawdę się liczy.
Kiedy nad życiem zawisa cień śmierci, zmieniasz perspektywę. Doceniasz zwykłe, czasem nudne życie i zaczynasz rozumieć, że prawdziwe piękno tkwi w prostych chwilach. Leżąc w szpitalnym łóżku, tęsknisz za tym najbardziej.
Dziś nie żyję na sto procent. Żyję na dwieście.
Już nie boję się życia.
Nie tracę energii na nieszczerych ludzi. Wybieram tych, przy których mogę być sobą.
Odcinam się od tego, co mi nie służy.
Nie przywiązuję się do przeszłości.
Mówię to, co myślę.
Tańczę w kuchni, gotując obiad.
Śpiewam, jadąc samochodem.
Po stokroć bardziej doceniam kołyszące się na wietrze drzewa, gorący piasek na plaży i szum fal.
Bo prawda jest brutalnie prosta – prędzej czy później każdego z nas szlag trafi. Nikt nie dostał gwarancji na jutro.
Dlatego nie zamierzam odkładać życia na później. Cieszę się każdą jego chwilą. Niezależnie od tego, co jeszcze na mnie czeka.
Nasz czas jest ograniczony. Nie zamierzam marnować ani minuty.




